menuksięga gościMój profilmój avatararchiwumlinkiulubieniLicznik odwiedzinZajrzało tutaj już 2113 osóbPowered by blog 4u |
. every rule I had You breakin' .1.Zbiegła po drewnianych, wąskich schodach i nie zwalniając tempa ruszyła w stronę wieszaka na ubrania. Chwyciła czarny płaszcz, zarzuciła go niedbale na ramiona i najszybciej, jak było to możliwe wyszła z domu. Drzwi wejściowe tylko zatrzasnęła, mając nadzieję, że grzechy zostaną jej wybaczone, przez niczego nieświadomą matkę, śpiącą na piętrze. Doskoczyła do srebrnego samochodu, rzuciła torbę na siedzenie pasażera, a sama niezdarnie zajęła swoje. O dziwo, auto odpaliło bez problemu, nie zgasło też przy próbie zsynchronizowania, puszczania sprzęgła i dodawania gazu. Omijając doskonale znane jej główne ulice, kluczyła tymi najrzadziej uczęszczanymi, nadrabiając drogi, ale zyskując na czasie. Pół godziny później zaparkowała na szkolnym parkingu, obok samochodu brata. Wysiadłszy wsparła się o siedzenie kierowcy i sięgnęła torbę. Później puściła się biegiem w stronę budynku z czerwonej cegły. - Jak zwykle spóźniona panna Evans. Który to już raz w tym tygodniu? Piąty? – zadrwił nauczyciel francuskiego, którego szczerze nienawidziła. Tak samo jak i jego przedmiotu. Nigdy nie przestała żałować, podjętej przez siebie decyzji. Od trzech lat zmuszona była, przyswajać wiedzę, która na nic miała jej się w życiu zdać. Do tego te wszystkie chrzęszcząco-szeleszczące słowa, które przyprawiały ją o mdłości. Nie, zdecydowanie, lekcje francuskiego nie należały do przyjemności, a samo nauczenie się języka – do priorytetów. Zwykle pierwsza godzina w szkole mijała jej na takich przemyśleniach. Starała się nie słuchać nauczyciela, który popisową wymową sprawiał, że zaczynało ją mdlić. Rzadko była proszona także o powiedzenie czegokolwiek. Pan Laurent przywykł do jej znikomych umiejętności i wymuszał tylko podstawy, byle zaliczała semestry. Jednak jego dobrotliwość nie mogła wzbudzić w dziewczynie sympatii, był on najzłośliwszym… - Del… słuchaj, wiesz może, co nie tak z A… - Del… zawsze, gdy tak mówisz, czuję się, jak laptop – mruknęła spoglądając na przyjaciółkę. Claudie zaśmiała się bezgłośnie i kontynuowała, przerwaną wypowiedź. – Nie wiesz, co dzieje się z Alec’iem? Alec. Brat bliźniak Delty, był ostatnimi czasy głównym zmartwieniem panny Avoy. - Claudie, czy ja naprawdę wyglądam na taką, co wciska nos w życie brata? Nie interesują mnie jego problemy, tak samo jak jego płytki tok myślenia. - Mogłabyś już sobie darować te złośliwości. - To mój brat, na dodatek kilkanaście minut młodszy. Jeśli braci się kocha – to tylko starszych. - Jakoś tego nie czuję. Delta prychnęła, po czym wróciła do wypełniania pustych miejsc w ćwiczeniach. Nigdy nie rozumiała, co dziewczęta widzą, w zmanierowanym do granic możliwości Alec’u. Fakt, był dosyć przystojny. Ale czy to wyznacznik wartości człowieka? Możliwe, że w kontaktach z innymi ludźmi był ujmujący, tak jak twierdzili? Nie, on po prostu mącił w umysłach. Potrząsnęła głową, jakby chciała pozbyć się niechcianych myśli. Spróbowała jeszcze raz skupić się na zadaniu, ale Wszechmogący wysłuchał jej modlitw i sprawił, iż zadzwonił upragniony dzwonek. Angielski i matematyka minęły zaskakująco szybko, a co do tej drugiej – nawet bezboleśnie. Udało jej się zaliczyć kolejny test, a jej średnia podniosła się, do zaskakująco wysokiego – 4.0. Mogła być z siebie dumna. Idąc w stronę stołówki, starała się nie myśleć o tym, jaka męka ją tam czeka. Wraz z grupą znajomych, zajmowali największy stolik. Kiedy każde z nich wdało się w dyskusje, ona dostawała szału. Hałas był stanem, którego nie tolerowała, od którego dostawała zawrotów głowy, i którego nie potrafiła ignorować z taką zręcznością, jak jej bliźniak. - O, Del! – Wysoki, patykowaty blondyn pomachał jej radośnie na powitanie, co postanowiła zignorować, biorąc pod uwagę fakt, że i bez odwzajemniania entuzjastycznych powitań, zwracano na nią uwagę. „Przeklęte imię, przeklęte imię, przeklęte imię…” Delta, imię niezbyt pospolite. Nie było się co oszukiwać. Było rzadkie. Kiedy więc ktoś wykrzyczał je, zwracano na nią uwagę, nawet z drugiego końca stołówki. Wyminęła kilka stolików i znalazła się przy swoim. Blondyn już przesunął się, żeby zrobić jej miejsce. - Danny… byłabym ci wdzięczna, gdybyś następnym razem, pomachał mi, jak już będę na tyle blisko, że nie będziesz musiał wykrzykiwać mojego imienia – powiedziała na powitanie, siadając obok uśmiechniętego chłopaka. - Prosisz o to przez ostatnie trzy lata – z opłakanym skutkiem – odpowiedział puszczając do niej oczko. - Nie znoszę cię – mruknęła, starając się ignorować szmer rozmów, odbywających się dookoła. - To nie Anglia, tam mogłaś być niezauważana, ale tutaj… Dałabyś już spokój z tą dziecinadą i w końcu zaakceptowała to, że nie tylko twoje imię wzbudza sensacje. Tutaj cała jesteś sensacją od trzech lat, bo inaczej wyglądasz, bo inaczej mówisz, bo inaczej chyba też myślisz… - Jasne, rozumiem, więc że ostrzejsze rysy, brytyjski akcent, trochę rozsądku i odpowiedzialności, czyni z normalnego człowieka, sensacje. Dzięki Dan, bardzo mi pomogłeś, już wszystko rozumiem. - Do usług. Tylko się uśmiechnęła. Nie miała siły, ani ochoty szukać argumentów na odparcie jego tezy, to tylko pogorszyłoby sprawę. Filozoficzne zapędy tego chłopaka niejednego przyprawiały o dreszcze. Potrafił tak zręcznie i niezrozumiale wygłaszać swoje mądrości, że nawet nauczyciele dawali za wygraną, byle tylko oszczędzić sobie i innym długiego wywodu. Jego opinia na jej temat, co najwyżej wywoływała lekką irytację. Z czasem zaczynała także śmieszyć. Nie była klasyczną pięknością i dobrze to wiedziała. Wyraziste rysy twarzy odziedziczyła po swojej matce, tak samo jak i przenikliwie zielone oczy. Włosy, kolorem przywodzące na myśl słomę, były natomiast jej odwiecznym utrapieniem, gdyż żyły własnym życiem, niewzruszone na próby nadania im formy „ładu”. Była szczupła, i przy swoim imponującym wzroście – równie tyczkowata, co jej sąsiad Daniel. Nie mogła się pochwalić nienaganną sylwetką. Los poskąpił jej nie tylko kilku kilogramów, ale także krągłości, które były wyznacznikiem kobiecości. Postrzegała się więc, jako zupełnie przeciętną Brytyjkę, która za atrakcyjną mogła uchodzić tylko w swoich rodzinnych stronach. - Del, wiesz co… ostatnio wyglądasz na straszliwie zamyśloną, może byśmy się wieczorem gdzieś wyrwali? Jest piątek, pora zaszaleć. – Daniel Montana zdawał się wiecznie ją obserwować i znać każdy wyraz jej twarzy. Potrafił także bezbłędnie każdy z nich zinterpretować. A jego niesłabnący entuzjazm względem niej, zdawał się promieniować. - Nie dzisiaj, mam trochę roboty… - odpowiedział uśmiechając się ironicznie. Zdawała sobie sprawę, że do wytrawnych kłamców nie należy. Wiedziała też doskonale, że jej mimika powinna przekazać Montanie to, czego nie chciała mówić głośno. Miała nadzieje, że z czasem daruje sobie te podchody i w końcu znajdzie inną ofiarę. „Nadzieja matką głupich.” – przemknęło jej przez myśl. W chwili obecnej chyba nie mogła się z tym nie zgodzić, bo Daniel zaczął kontynuować. - Masz cały weekend przed sobą! Dajże spokój. Dziewczyno, chcesz wyglądać niedługo jak zombie? Czy ty przez ostatni miesiąc w ogóle opuszczasz dom, jeżeli nie musisz? Jesteś blada, jak trup! „Tak Dan, mam cały weekend. Nie, nie dam sobie spokoju ze spławianiem cię i dobrze oboje o tym wiemy. Czy chcę wyglądać jak zmobie? Nie, niekoniecznie, ale pogodzę się z tym, jeśli do tego dojdzie. Przez ostatni miesiąc faktycznie rzadko wychodzę z domu, jeśli nie widzę potrzeby wyjścia. Jestem blada?! I dopiero teraz to zauważyłeś? Fascynujące.” - Powiedziałam „nie” i zdania nie zmienię. Weekend to raptem dwa, krótkie dni, które chciałabym wykorzystać na nadrobienie zaległości w pracy. - Szkoła, praca. Praca, szkoła… - Nie każdy żyje tak beztrosko, jak ty. - Niektórzy po prostu tego nie chcą. - Albo nie lubią. „Nie, nie, nie! Skończ już! Dlaczego nie chcesz mnie zrozumieć?! Przecież tak jasno daję ci do zrozumienia, że mnie nie interesują żadne bliższe zażyłości z tobą?! Dlaczego się nie odczepisz? Dlaczego nie zaczniesz mnie traktować we właściwy sposób?” Koniec lekcji przyjęła z większym entuzjazmem, niż zwykle. Ignorując kolejne próby Montany, odeszła od niego i szybkim krokiem skierowała się w stronę samochodu. Opuszczając teren szkoły, zsunęła szybę, żeby wpuścić do środka trochę świeżego powietrza. Nie spieszyła się specjalnie, pokonując swoją tradycyjną trasę, wolniej niż zwykle. Dojechawszy do domu, zaparkowała auto na żwirowym podjeździe, zamknęła okno i spokojnie pokonała odległość dzielącą ją od werandy. - Delta? „Przeklęte imię, przeklęte imię, przeklęte imię…” - Tak mamo, a któżby inny. „Richard Gere na hulajnodze?” Powiesiła płaszcz i weszła do kuchni, gdzie zastała matkę. Vanessa Evans była najdrobniejszą osobą w rodzinie. Niziutka, bardzo szczupła, blond włosa. Gdyby nie kilka zmarszczek, można by pomyśleć, że w klanie Evansów jest najmłodsza. Kobieta krzątała się po kuchni, doglądając zapiekanki i nakrywając do stołu. Była szablonową matką i żoną. Zajmowała się domem i do pewnego czasu, obsesyjnym doglądaniem swoich pociech. Dopiero, kiedy stała się obiektem niewinnych kpin swojego męża, – który uważał, że rodzeństwo potrzebuje więcej swobody, - postanowiła pohamować swoje instynkty i pozwolić im ‘dorosnąć’. Delta nauczona, latami doświadczenie, że rodzicielka nie pozwoli sobie pomóc, skierowała się w stronę schodów. Znalazłszy się na piętrze, zerknęła w stronę drzwi do pokoju brata, zza których dobywała się dudniąca muzyka. Kiedyś jego nawyki były głównym tematem ich sporów, z czasem nauczyła się ignorować wycie wokalistów przeróżnych zespołów, a nawet polubiła kilka z nich. Poza tym mieli ze sobą mniej wspólnego, niżby wskazywała ich sytuacja. Niejednokrotnie naczytała się na przeróżnych forach internetowych, o silnych więziach, jakie zwykle łączą bliźnięta. „Właśnie – zwykle. Czy my kiedykolwiek byliśmy zwykłym rodzeństwem?” W jej pokoju panował stan, który określała „nieładem artystycznym”. Alec nie był tak uprzejmy i kiedy tylko miał wymówkę, żeby zajrzeć do jej królestwa, sytuacje określał o wiele brutalniej. Łóżko, niedbale przykryte brązową kapą pełne było, porozrzucanych książek i śmieci, które rano wyrzucała z torby. Na biurku panował jeszcze większy chaos. Przeróżne kartki piętrzyły się w wysokich stosach, tworząc iluzję zabałaganionego, średniowiecznego biura detektywistycznego. Przy łóżku, na śliwkowym dywanie, leżał, odwrócony do góry nogami laptop, od którego ciągnęło się kilka kabli. W najodleglejszym kącie pokoju stała szafka, a na niej stary, niewielki, zakurzony telewizor, którego nie używała od wakacji. W przeciwległym rogu znajdował się ogromny fotel, obity beżową tapicerką, a koło niego ustawiono wysoką toaletkę i dwie niższe komody. Nad meblami wisiały trzy półki jednakowej długości i były one bezwzględnie miejscem utrzymanym w największym porządku. Dziewczyna nigdy nie zaniedbywała swoich największych przyjaciół. Nigdy nie pozwalała, żeby dzieła autorów, których sama uważała za mistrzów, walały się w nieładzie, bądź pokrywały się warstwą kurzu. Do książek miała szacunek większy, niż do czegokolwiek innego. Jedyne, którym pozwalała się niszczyć, były marnymi podręcznikami, z których korzystała rzadziej, niż było wskazane. Przeszła przez pokój i zatrzymała się przy oknie. Oparłszy się jedną ręką o parapet, drugą mocowała się z klamką. W końcu zamek zaskrzypiał, a rama odskoczyła w jej stronę. Nie pamiętała, kiedy ostatnim razem wietrzyła pokój. Zwykle nie miała cierpliwości na walkę z przerdzewiałym i opornym zamkiem. Teraz do dosyć ciemnego pomieszczenia, wpadało świeże, mroźne powietrze. Mimowolnie przeszły ją dreszcze, a na rękach pojawiła się gęsia skórka. Objęła się ramionami i oddaliła się od okna, którego na razie nie miała zamiaru zamykać. Od pewnego czasu zaczynała dusić się w swoim własnym pokoju, który przesycony był co najmniej pięcioma rodzajami perfum, balsamem i kadzidełkami o zapachu wiśni. Wszystkie aromaty były niezwykle silne same w sobie, a kiedy się zmieszały tworzyły nieprzyjemną woń, która mogłaby towarzyszyć salonikom tanich wróżbitek. „Brakuje ci tylko szklanej kuli… bo kota już masz.” – zerknęła na kulkę zwiniętą w nogach łóżka. Niepozorny, trochę anorektyczny kot zdawał się nie przejmować powrotem właścicielki. Widać, ktoś go nakarmił zanim wróciła, inaczej zamiast wesoło pomrukiwać, ocierałby się o jej nogi, zostawiając na dżinsach całe legiony swoich szarych kłaków. Wen był jej ulubionym zwierzakiem, od kiedy pamiętała. Nadała mu imię dopiero pięć lat temu, kiedy zdała sobie sprawę, jak wielką pasją stało się pisanie, a jak wielką udręką brak weny. Wcześniej stworzenie stąpało po domu, mając za imię nic nieznaczącą nazwę swojego gatunku. W pewnym momencie kot uniósł drobny łebek i z zaciekawieniem wpatrywał się w drzwi. Dziewczyna spojrzała w tym samym kierunku i napotkała spojrzenie brata. Widać, zdążył już omieść wzrokiem cały pokój, bo jego twarz wykrzywiał złośliwy grymas. Miał już coś powiedzieć, ale go ubiegła. - Masz do mnie jakąś sprawę, czy przeszedłeś się pokłócić? - Właściwie to miałem zawołać cię na obiad – wymamrotał pod nosem. - Zawołać, a nie włazić z buciorami do mojego po… - Del, to nie moja wina, że inni boją się przekraczać próg twojego królestwa. Toż to strefa zagrożenia biologicznego! Damie to nie przystoi – zadrwił, oparł się o futrynę, schował ręce w kieszenie i czekał na odpowiedź. Uwielbiał ją drażnić, uważał, że rozdrażniona Delta, jest dużo ciekawszym obiektem, niż Delta spokojna. - Dama wychowała się z chamem w jednym domu, więc damą być przestała – odparowała wykrzywiając wargi w niemniej drwiącym uśmiechu, co brat. W takich chwilach byli do siebie naprawdę podobni. – Więc skoro damą nie jestem, to powiem bez najmniejszego skrępowania, zjeżdżaj. - Tylko nie chamem, ok.? - A idź mi już stąd! - Słuchaj, właściwie to mam sprawę. - Niecierpiącą zwłoki, jak mniemam… świetnie Alec, ale uwierz, że twoje rozterki mam w głębokim poważaniu. - Del… - Del-śmel… chodzi o Claudie, zgadłam? No więc, co takiego się stało? Znudziła ci się, tak? Co fałdka tłuszczu gdzieś jej wyrosła? Co z nią? - Nie wiem, co zrobić, ona jest jak wrzód na tył… ona jest strasznie nadopiekuńcza względem mnie i taka słodka, że aż mdli… - Widziały gały, co brały. - Dasz mi dokończyć? - Nie Alec, nie chcę tego słuchać. To twój problem, twoje bujne życie uczuciowe jest ostatnią rzeczą, o której chcę słyszeć. Poza tym nie jestem dobrym, a przede wszystkim obiektywnym doradcą. Ty jesteś moim bratem, więc cię nie znoszę, Claudie przyjaciółką. Chyba jasne, po której stanę stronie. - Jak zawsze skora do pomocy. - Jak zawsze cholernie upierdliwy… Od kiedy Alec skończył piętnaście lat, nie mogła uwolnić się od jego problemów. Zawsze wybierał sobie na dziewczyny, jej koleżanki. Za każdym razem musiała doradzać jemu, jak najdelikatniej, wytłumaczyć którejś, że „to koniec”, a później przez kilka dni wysłuchiwała uskarżania się „zranionych” dziewcząt. Następnie pokutowała za jego winy w tłocznych centrach handlowych, gdzie jego ofiary, topiły smutki w przeróżnej jakości tkaninach. Wiedziała dobrze, że Alec nie da tak szybko za wygraną. Będzie ją nękał, co najmniej przez kilka dni, póki nie zgodzi się mu pomóc, a później nie będzie żałować z całego serca, że ponownie uległa jego błaganiom. Bądź, co gorsza, że dała się czymś przekupić. Cóż z pewnością szykował się ciekawy weekend, a na jej półce w niedługim czasie, pojawi się zapewne nowa „ulubiona” książka. Chciałam podzielić, żeby początek nie był tak "męczący" - nie wyszło. Przepraszać nie będę.
|